Po tygodniowej podróży śladami Luka Skywalkera, najlepsi Partnerzy Handlowi Nice Polska, lidera w automatyce dla domu, wrócili z Ekspedycji Sahara. Wyjazd był nagrodą w programie motywacyjnym premiującym największy poziom sprzedaży oraz lojalność. Dziś każdy uczestnik Ekspedycji Sahara wie, jak zwija się turban, jak smakuje zielona, słodka herbata z miętą, jak niewiarygodnie gwiaździste niebo można podziwiać z naszej planety, jak magiczne i kolorowe są wschody i zachody słońca, jak wspaniale spaceruje się boso po jedwabistym piasku…. Gdyby którykolwiek z uczestników Ekspedycji Sahara pisał w trakcie pamiętnik, tak mogłyby brzmieć wybrane relacje z wyprawy:
Piątek, dzień pierwszy
Wylądowaliśmy. Na lotnisku w Monastirze czeka na nas 28 samochodów terenowych. Grupa 136 osób zostaje podzielona na sześć mniejszych - od tej pory przez niemal cały pobyt mam się identyfikować z „niebieskimi”. Oprócz nas są czarni, czerwoni, żółci, zieloni i granatowi. Jedziemy w głąb Tunezji, kierunek – południe. Pustyni póki co nie było, śladów Gwiezdnych Wojen, których mamy w trakcie wyprawy poszukiwać też jeszcze nie. W czasie wieczornego spotkania dostajemy pierwsze instrukcje na jutro. W napięciu czekamy na przygodę….
Sobota, dzień drugi
Pobudka o godz. 7. Pakujemy bagaże do jeepów - przez następnych kilka dni czeka nas życie tułacza i każda noc spędzona w innym hotelu. Po śniadaniu zbiórka. Wybieramy „nawigatora” grupy, który otrzymuje tajemniczą żółtą walizeczkę. W środku GPS oraz notebook, w którym mamy wpisywać hasła otrzymane po zaliczeniu każdego zadania. Przed nami pierwsze wyzwanie. Odczytujemy instrukcje i kierujemy się według wskazań GPS. Cel – domek Luka Skywalkera na słonym jeziorze Chott El Jerid…. Proste? Też się nam tak wydawało. Na początku przyjemny spacer w samym sercu tunezyjskiej dżungli - podziwiamy palmy, spotykamy miejscową ludność, z którą nieudolnie próbujemy nawiązać kontakt. Po około godzinie docieramy na skraj słonego jeziora. Idziemy naprzód. Wcześniej twarde podłoże pokryte miejscami skrystalizowaną solą, zmienia się w gliniaste błoto. Część grupy sugeruje ominięcie grząskiego terenu, lecz demokratycznie podejmujemy decyzję – zdejmujemy buty i na boso, po grząskim terenie idziemy na wprost do celu, mimo że go nie widać. Jedyne, co widać to… woda? Doświadczenie miraży na słonym jeziorze było jednym z najbardziej niesamowitych przeżyć, jakie do tej pory przeżyliśmy. Po trzech godzinach intensywnego marszu i braku kogokolwiek spoza grupy w zasięgu wzroku w oddali dostrzegamy dziwny kształt. To nasz cel! Udało się! Zmęczeni, ale pełni wrażeń w nagrodę otrzymujemy pierwsze z tajemniczych haseł. Tego dnia odnajdujemy jeszcze jeden ślad Gwiezdnych Wojen - miasteczko Tatooine, w którym nakręcono część scen do Gwiezdnych Wojen, a wieczorem oglądamy niezapomniany zachód słońca w górskiej oazie. To był długi, ale wspaniały dzień.
Niedziela, dzień trzeci
Dzień rozpoczynamy przejściem przez „bramę pustyni” – tak przyjęło się nazywać Douz, gdzie kończy się miejscowość, a zaczyna pustynia. Ubrani w beduińskie zawoje dosiadamy 140 wielbłądów i karawaną wyruszamy w stronę bezkresnej Sahary. Rozkoszujemy się niesamowitymi widokami, mając przy tym mnóstwo zabawy. Jednym słowem pełen relaks! Jednak ten dzień nie skończy się tak sielankowo... Wyprawy jeepami ciąg dalszy. W samochodach integrujemy się z kierowcami – Tunezyjczycy raczą nas miejscowym folklorem w postaci muzyki, w której na początku drażniące dźwięki różnorodnych „piszczałek” z godziny na godzinę zyskują naszą sympatię.
Widoki zza szyby zapierają dech w piersiach. Docieramy do gór wschodniego Atlasu. Przed nami kolejne zadanie – dotrzeć drużynami do wyznaczonego punktu, gdzie czekać ma na nas miejscowy Berber z rozwiązaniem kolejnej zagadki. Brzmi tajemniczo. Trasę rozpoczynamy w głębokiej dolinie i według wskazań GPS wspinamy się w górę. Po długim i dość wyczerpującym marszu na czas, zapominamy na chwilę o rywalizacji - widoki rekompensują każdy wysiłek. Naszym oczom ukazuje się Chenini – berberyjska osada malowniczo przylegająca do zboczy gór. Cywilizacja tu jeszcze nie dotarła i odnieśliśmy wrażenie, że jest jeszcze bardzo, bardzo daleko. Jedynym dowodem na to, że czasem pojawiają się tu turyści, są rzędy bajecznie kolorowych, berberyjskich chust, geologicznych atrakcji jak słynne już róże pustyni, oferowanych przez lekko leniwych sprzedawców.
Poniedziałek, dzień czwarty
Tego dnia wśród wielu innych atrakcji zwiedzamy Matmatę i niesamowite podziemne domy troglodytów. Jednym z nich jest słynny hotel Sidi Driss, który posłużył jako scenografia do Gwiezdnych Wojen. W jednym z takich hoteli mieliśmy okazję spać tej nocy
i niejeden uczestnik wyprawy miał problemy z dotarciem do swojego pokoju klucząc w labiryncie korytarzy. Wyruszamy w kierunku ostatniego celu naszej Ekspedycji, którym jest oaza Ksar Ghilane położona na skraju pustyni. Zanim jednak będziemy rozkoszować się urokami rajskiego gaju, do wykonania mamy finałowe zadanie – odnalezienie skarbu w saharyjskiej twierdzy rzymskiej. Najpierw jednak trzeba było do niej dotrzeć a dzieliło nas niewiele ponad cztery kilometry marszu po wydmach pustyni. Skarb znaleziony! Po zakończonym zadaniu prawdziwą nagrodą okazał się jednak zmierzch. Mieliśmy okazję podziwiać niezapomniany spektakl kolorów, gdy wydmy Wielkiego Ergu Wschodniego tonęły w pomarańczowo-czerwonych promieniach zachodzącego słońca. Czekał nas dość chłodny wieczór i zimna noc, a perspektywa noclegu w namiotach – o ile emocjonująca – spowodowała, że wielu wybrało spędzenie tego czasu przy ognisku lub w gorących pustynnych źródłach.
Piątego dnia wyprawy po przejechaniu łącznie 1700 km, mając za sobą niemal nieprzespaną noc na pustyni, owiani pustynnym wiatrem, z piaskiem w bagażach, wysiadamy przed wspaniałym, komfortowym hotelem w Sousse. Wiemy, że wróciliśmy do rzeczywistości. W Sousse spędziliśmy dwa dni, wygrzewając się na słońcu, zwiedzając - już nie na czas - Medinę w Sousse, czy okazały port w pobliskim El Kantou i zażywaliśmy miejscowego folkloru.
Epilog
To oczywiście zbyt mało, aby opisać przeżycia i emocje towarzyszące uczestnikom Ekspedycji Sahara. Dowodem na to były ich opinie po powrocie, już na lotnisku, gdzie wielu stwierdziło, że przeżyło z Nice przygodę życia i zadeklarowało, że więcej nie spędzi swoich wakacji leżąc przy hotelowym basenie...
Magdalena Oskiera
Nice Polska
|